Rodzina

Jak to się zaczęło?
Zaczęło się dawno, jeszcze w naszym dzieciństwie i młodości. Korzystaliśmy z różnego okultyzmu tj. bioenergoterapii, wróżek, wahadełek itp. No i to pociągnęło nas dalej i w końcu już po ślubie, po przyjściu na świat pierwszej córki otworzyliśmy się na homeopatię. Mieliśmy w końcu już podłoże przygotowane na działanie zła.
Przez pierwszy rok życia córka często chorowała. Nie było miesiąca, aby nie była chora. Zaczęliśmy szukać metod, które są metodami naturalnymi, ponieważ organizm córki osłabiony był przez liczne antybiotyki. W taki właśnie sposób dotarliśmy do lekarzy homeopatów. I zaczęło się… długoletnia ciemność i otwieranie się na zło, a jednocześnie zamykanie własnych uszu i nie słyszenie prawdy.


Byliśmy zadowoleni z przebiegu leczenia, dziecko chorowało mniej, stan się poprawiał. Później przyszła również kolej na nas, zaczęliśmy leczyć się również my homeopatią. W momencie, gdy jedna choroba została „wyleczona” to chwila i pojawiała się kolejna dolegliwość. Nie zważaliśmy uwagi na następne choroby i dolegliwości, tylko cieszyliśmy się faktem, że leczymy się naturalnymi środkami. Nie mieliśmy pojęcia, jakie niesie to za sobą skutki dla nas, dla naszego życia, otoczenia, dla naszej rodziny.
Bóg obdarzył nas drugą córką. Urodziła się zdrowa. Niestety, tylko kilka pierwszych miesięcy. W siódmym miesiącu życia po szczepieniu rozpoczęły się komplikacje, dostała powikłania poszczepienne. Zdiagnozowano wiotkość oskrzeli, objawy takie jak u osób chorych na astmę – (duszności, świsty w oskrzelach). No i z tym problemem z powodzeniem poradził sobie lekarz homeopata. Leczenie trwało długo. Mieliśmy możliwość konsultacji telefonicznych z lekarzem, a w razie jakiegoś problemu podanie odpowiedniego leku z dobrze wyposażonej domowej apteczki z lekami, oczywiście homeopatycznymi. Cieszyliśmy się, że leczymy siebie i dzieci naturalnymi lekami, bez antybiotyków i sterydów.
Nasza lekarka wyjechała na wakacje, a właśnie w tym czasie młodsza córka dostaje nawrót choroby. Szybko, przez innych członków rodziny dostajemy się do kolejnego lekarza homeopaty, jak się nam wydaje jeszcze lepszego, skuteczniejszego. Kontakty telefoniczne raz w tygodniu, trudno się dodzwonić, bo tylko raz w tygodniu przez jedna godzinę, a każdy chce być zdrowy. Dodzwonienie się graniczy z „cudem”, dzwoni cała rodzina, bo nie wiadomo kiedy się znowu dodzwonimy. Po dodzwonieniu się rejestrujemy całą rodzinę, bo nie wiadomo kiedy się znowu będziemy mogli dodzwonić.
Podczas wizyt zwierzamy się lekarzowi ze wszystkich naszych spraw. Zna nas bardzo dokładnie, dobrze zna naszą psychikę. Wyjeżdżając na wakacje dostajemy leki, które mogą się w razie czego przydać. Trwa to latami.
Trafiamy również w naszym poszukiwaniu uzdrowienia do „kliniki holistycznej chirurgii fantomowej”. Kilkugodzinne oczekiwania na przyjęcie, jak się okazuje osoba lecząca zabrania leczyć homeopatią bo to niezgodne z nauką Kościoła, a sam używa akupunktury i leczenia czakramami. Z tego sposobu leczenia korzystamy przez kilka lat łącznie z leczeniem homeopatią. Jesteśmy zadowoleni, mamy wsparcie będziemy zdrowi, to tylko kwestia czasu. To jest pozorność, nasza nędza. Jesteśmy głusi i ślepi na otoczenie, które mówi nam, że to zło. Nawet nie chcemy nic słyszeć na ten temat.
Jednak mimo naszej nędzy pan Bóg nas nie zostawił. Odnalazł nas. Nie słyszeliśmy, to znalazł inny sposób, abyśmy wrócili do Niego. Zaczęły się problemy z pracą, a co za tym idzie problemy finansowe. Niby normalność w dzisiejszych czasach, a jednak nie normalność. Od znajomego dostaliśmy płyty z nagraniami konferencji ojca Jamesa Manjackala i zaczęliśmy oglądać i słuchać. Ojciec James mówił o tym, że homeopatia, bioenergoterapia i inne metody leczenia nie pochodzą od Pana, że jest to zło.
No i zasiał Pan przez słowa ojca Jamesa w nas ziarno wątpliwości.
Modliliśmy się, zamawialiśmy msze święte, zaprosiliśmy nawet księdza egzorcystę do naszego domu, aby się pomodlił w naszej intencji i wypędził zło. Nie dopuszczaliśmy do końca informacji, że nasze sposoby leczenia są złem. Tłumaczyliśmy sobie to tym, że osoby które nas leczyły były praktykującymi katolikami, nawet można powiedzieć, że byli gorliwymi katolikami. Ksiądz egzorcysta powiedział bez większych dyskusji jedno tylko zdanie, które tłumaczyło wszystko: „Judasz również był blisko Jezusa”. Jednak mimo to wszystko nadal tkwiliśmy w homeopatii i bioenergoterapii.
Dopiero podczas rekolekcji Ojciec James położył kres homeopatii w naszej rodzinie. Wracaliśmy z rekolekcji szczęśliwi, jednak w sercach pozostawała niepewność: co będzie, gdy coś się wydarzy, gdy choroba wróci, co zrobimy? Po powrocie wyrzuciliśmy wszystkie leki homeopatyczne jakie mieliśmy w domu, książki i wszystko co było związane z homeopatią.
I właśnie teraz zostajemy wystawieni na próbę, wyrzekliśmy się homeopatii, a córka dostaje na następny dzień świsty w oskrzelach. Z doświadczenia wiemy, że za kilka dni będzie potrzebny lekarz bo sama sobie nie poradzi. Następuje panika, co teraz zrobimy? Starsza córka mówi, że teraz jest Jezus i on nas uleczy. Wspólnie modlimy się modlitwą wstawienniczą o uzdrowienie, wychwalamy Pana, czytamy Biblię. I doznajemy działania Jezusa, który leczy. Staje się cud, córka zostaje uzdrowiona. Objawy mijają, jest zdrowa. Do dnia dzisiejszego, a minęły już ponad 2 lata od tego wydarzenia nie było nawrotu choroby. Na kolejnych rekolekcjach dajemy nasze świadectwo. Chwała Panu. Dzięki Jezusowi, nasze dotychczasowe choroby nie powróciły.

Relacje
Podczas leczenia homeopatią słabły nasze relacje z Bogiem. Niedzielne msze traktowaliśmy tylko jako przyzwyczajenia. Powoli stawaliśmy się coraz bardziej chłodni w relacji z Bogiem. W między czasie przychodziły lęki, obawy, stany depresyjne, zamykanie się w sobie. Homeopatia stała się naszym bożkiem, bardzo wierzyliśmy w razie czego wystarczy jedna wizyta i będzie dobrze. A po kilku dniach znowu coś nowego zaczyna dolegać. Zdarzało się , że byliśmy na wizytach co tydzień, przez co budowaliśmy mocną relację z tylko z osobą lekarza.
A co w naszej rodzinie? Coraz częstsze kłótnie, wymówki z bardzo błahych powodów. Brak komunikacji pomiędzy nami, rozdrażnienie, brak opanowania, czyli z dnia na dzień oddalamy się od siebie. Zaczęliśmy dostrzegać w sobie błędy nie widząc nic dobrego. Zgubiliśmy spokój i harmonię.
Obecnie jesteśmy na drodze Bożej, odbudowujemy pogrzebane relacje między Bogiem, a przede wszystkim staramy się naprawić relacje z ludźmi.